Szablon stworzony przez Arianę | Technologia Blogger | X X X
Cytat z nagłówka pochodzi z utworu "Violet Hill" zespołu Coldplay.

16.4.17

Rozdział 7

Z głębokim westchnięciem opadł na kanapę. Założył ramię na oparciu i odchylił głowę do tyłu. Cholera jasna, chyba za bardzo pośpieszył się ze wstawaniem z przeklętego łóżka szpitalnego. Połowa ciała odmawiała mu posłuszeństwa, a nie było niczego innego na świecie, co wkurwiałoby go bardziej w tej chwili. Asmodeus nie mógł sobie pozwolić ani na odpoczynek, ani na użalanie się nad sobą. Inna sprawa, że w ogóle nie chciał. Miał zbyt wiele spraw do załatwienia. Zbyt wiele głów do ścięcia. Zbyt wiele nerwów do pozbycia. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym więcej przybywało powodów do natychmiastowego opuszczenia lecznicy.
Rozejrzał się naokoło. Przez te wszystkie lata gabinet doktorka nie zmienił się ani trochę. Pozostawał zawieszony w czasie podobnie jak właściciel kliniki. Ash rzadko bywał w tym miejscu. Smród chemikaliów potrafił największego twardziela przyprawić o ból głowy, a świadomość przebywania pod ziemią nie zachęcała do częstych odwiedzin.
Isaiah przyglądał mu się w ciszy, choć demon mógł przysiąc, że po cichu układał słynną wiązankę każdego lekarza. A jednak milczał, na jego szczęście.
— Nie gap się tak na mnie, bo pomyślę, że się zakochałeś — westchnął.
Głośne prychnięcie dobiegło od strony biurka, a tuż po tym niewielkie opakowanie uderzyło w pierś Asmodeusa. Uniósł powiekę i zerknął na dół. Wprost na świeżutką paczkę Black Devili.
— Dlaczego ją tu przytaszczyłeś? — Skinął głową w stronę nieprzytomnej kobiety.
— Staram się dowiedzieć, co z tobą robiła — odparł doktorek grobowym tonem.
Komuś nie dopisywał humor. Jakby było to coś nowego. O rany, koleś nie potrafił się w ogóle bawić. Ash nie znał większego sztywniaka.
— Chyba masz lekkie problemy, co? — Roześmiał się. — Chujowo podchodzisz do sprawy.
Rekonwalescencja w tym ośrodku pozostawiała wiele do życzenia przeciętnemu człowiekowi, choć jemu nie przeszkadzała w żadnym stopniu. Zaciągnął się aromatem tytoniu, po czym podpalił pierwszego papierosa i zapadł głębiej w siedzenie. Odchylił głowę do tyłu i odetchnął głośno.
— Delikatna komplikacja — mruknął Isaiah. — Musiałem interweniować.
Uśmiechnął się.
— Komplikacja?
— Mira o mały włos nie pozbyła się wyrostka przez tego mieszańca.
Więc mała posiadała jednak odruchy obronne. Zaczął powoli podejrzewać, że była ich całkowicie pozbawiona. Zmarszczył brwi na wspomnienie chwili, gdy wbiła sztylet w brzuch Michaela. Jest dzielna, choć głupia, pomyślał.
— Dziwi mnie, że nadal go ma, w końcu się z tobą zadaje — przemówił, nie kryjąc zaskoczenia. — Większość twoich ludzi kończy w kostnicy po miesiącu współpracy.
— Na pewno nie z mojej winy — bronił się demon.
Ash wzruszył ramionami. Doskonale wiedział, czym zajmował się jego kumpel. Znał go ponad dwa tysiące lat. Tylko głupiec pokroju Isaiah powoływałby się na tropienie niedobitków i ratowanie zupełnie obcych kreatur. Znacznie lepiej dla nich byłoby umrzeć na miejscu. Większość zresztą i tak tułała się bez najmniejszego sensu po ziemskim padole.
— A kto cię tam wie. — Odruchowo obrzucił kobietę spojrzeniem. — Mało to cichych skurwieli chodzi po ziemi?
Denerwowanie właściciela ośrodka nie było na miejscu, lecz nie mógł robić nic innego, ponieważ raz: sprawiało mu to nadmierną przyjemność, a dwa: tylko w ten sposób mógł odsunąć od siebie jego uwagę, gdy demon wwiercał w niego uważne spojrzenie, odkąd tylko Asmodeus wkroczył do wnętrz gabinetu.
Przeklęty doktorek i jego praktyki lekarskie. Dlaczego każdy medyk przykładał tak ogromną wagę do stanu swoich pacjentów?
Isaiah zmrużył oczy. Uniósł dłoń i rzucił płaski przedmiot na kanapę.
— Masz.
— Co to?
Chwycił shuriken pomiędzy palce i obrócił kilkakrotnie, oglądając z każdej strony. Metal w zaciemnionym pomieszczeniu zdawał się być matowy, choć doskonale wyczuwał jego idealnie gładką powierzchnię.
— Wyciągnęliśmy z kundla — oznajmił Isaiah. Głową wskazał na kobietę przywiązaną do krzesła.
— Trochę kultury — parsknął, strzepując popiół na okrągły, dębowy stolik stojący tuż przy kanapie.
— Nazywam rzeczy po imieniu. Co tam zaszło?
— Niespodziewany zwrot akcji — wyjaśnił Ash ze wzruszeniem ramion.
— Nie denerwuj mnie. Ilu z nich cię dopadło?
— Jeden. Największy sukinsyn na świecie. — Zaciągnął się ponownie. — Michael.
— On? — zdumiał się lekarz. — Był tutaj? Po cholerę miałby schodzić na ziemię? Nie jest idiotą, doskonale wie, że wszyscy chcą jego śmierci.
Trafiony zatopiony. Na całym świecie, mało tego, na całych dwóch światach — a co do Białej Wieży nie miał pewności — nie istniała osoba, która nie pragnęłaby śmierci archanioła. Egzekutor naraził się niemalże każdemu wyższemu stopniem demonowi, pozbawił życia tysiące upadłych. Szukało go wielu, a jeszcze więcej drani wyczekiwało jego pojawienia. Ash mentalnie zacierał dłonie na samą myśl, że mógłby ostatecznie pozbawić głowy tego drania.
— Wygląda na to, że szuka mojej przekąski — odparł po kilku sekundach milczenia.
Isaiah wyprostował się natychmiast i rzucił mu uważne spojrzenie.
— Wiesz jak to brzmi… — zaczął.
— Ta. Nie mów do mnie jak do kretyna — upomniał go, po czym zgasił peta na blacie stoliczka. — Zresztą teraz i tak niczego się nie dowiemy. Nafaszerowałeś ją chemikaliami tak mocno, że czuje je z daleka.
— Nie wspomniała, dlaczego ją ściga? — wtrącił, zupełnie ignorując słowa Asmodeusa.
Postradał zmysły. Cholera, przecież wyciągnął poharatanego Asha z pieprzonego zaułka. Serio myślał, że demon dostał wystarczająco dużo czasu, żeby przepytać mieszańca?
— Wiesz, natknąłem się na skurwysyna, kiedy próbował ją zabić. Ciężko było zadać jakiekolwiek pytanie.
Doktorek skinął głową. Zmarszczył brwi, a wzrok skupił na dziewczynie. Dłonie zaplecione na piersi co chwilę rozluźniały się to znów napinały. Przypakował, pomyślał Asmodeus, któremu obecny wygląd faceta bardziej przychodził na myśl meksykańskiego mafioza niż obojętnego na większość rzeczy lekarza.
— Shuriken należy do niego? — rzucił Isaiah, jakby od niechcenia.
Uwierzyłby tej nonszalanckiej postawie, gdyby facet tak uporczywie nie zaciskał łap.
— Do Michaela — odpowiedział.
Ciemne oczy natychmiast zwróciły się w stronę kanapy.
— V zbadała materiał, zanim się obudziłeś. Widziałem porównanie ze strzałą, która zabiła Elyasza. Identyczny stop.
Kurwa, przemknęło mu przez myśl. Warknął i pokręcił głową.
— Przynajmniej jedno się rozwiązało — mruknął, po czym chwycił mocno paczkę i wyciągnął kolejnego peta. Im więcej, tym lepiej.
— Wiemy chociaż, że zabił go ktoś z Wieży.
Nie tylko jego. Mógł dać sobie rękę obciąć — całe szczęście miał pewność, że odrosłaby niedługo po tym — że białe bękarty śledziły każdy ruch diabłów, czekały na odpowiednią chwilę i przystępowały do ataku. Zbyt wielu braci stracił w ciągu ostatnich tysiącleci, by nadal uważać, że za każdym razem do ich śmierci doprowadzały inne demony.
— Wkurwiła się? — zapytał niespodziewanie Ash, obracając między palcami czarną gwiazdkę.
— V? Nie dała po sobie tego poznać.
— Gdybym był sentymentalną cipą — zaczął Asmodeus — powiedziałbym, że powinna dać sobie spokój. Każdy z nas wie, jak porypany był Elyasz.
Cichy śmiech Isaiah podrażnił nerwy Asha.
— To twój sposób na obejście systemu i pokazanie, że jednak ci zależy? — zadrwił demon. — Spodziewałem się czegoś bardziej…
— Na Violet? — prychnął. — To świruska! Ostatnio chciała urąbać mi stopę, bo uznała jej kształt za anomalię anatomiczną.
Niedorzeczność i idioctwo. Nie przeżyłby nawet stu lat, gdyby miał polegać na innych i okazywać komukolwiek zainteresowanie — które, jak wiadomo, bywało chwilowe i po dostatecznej ilości czasu spędzonej na zaspokajaniu potrzeb, mijało bezpowrotnie.
Skórzana kanapa zaskrzypiała, gdy ułożył rękę na szczycie.
— Co w tym dziwnego? — zdumiał się Isaiah.
— Była tak naćpana, że widziała dinozaury — parsknął, zaciągając się dymem. Koniec fajki rozżarzył się i zalśnił kolorem, którego ostatnimi czasy tak bardzo mu brakowało. Kurwa, starzał się, skoro nawet pety przypominały mu o krwi. — Stary, przecież one wyginęły jeszcze przed jej upadkiem!
Diabeł skinął mu głową zatopiony we własnych myślach.
— Teraz mamy większy problem — oznajmił po kilku sekundach. — Mieszańce — wyjaśnił. — Myślałem, że ta kobieta ma coś z nimi wspólnego.
Dlaczego jeszcze z nim gadał? Powinien zabrać dziewczynę i wyjść najbliższymi drzwiami. Zostawić za sobą ten pieprzony burdel i udać się w pogoń za Michaelem.
— To kelnerka z Pandemonium — rzekł, niechętnie dzieląc się informacjami. Isaiah mógł jednak wiedzieć o niej coś ponad to, z czego on zdawał sobie sprawę. Nieświadoma wymiana informacji pod przykrywką kontynuowanej pogawędki. Zajebiście, osiągnął dno. — Nic nie wie. Sam zachowuje się jak kwoka. Chucha i dmucha, żeby tylko były z daleka od tego szajsu.
Czekał. Pięć sekund, piętnaście, dwadzieścia pięć. Zacisnął szczękę i już zamierzał porzucić te pierdolone podchody, gdy Isaiah nagle rzekł:
— Od kilku tygodni zbieram trupy po kundlach.
— Co złego w tym, że tłuką się nawzajem? — zapytał ironicznym tonem. — To chyba lepiej dla wszystkich, nie?
— Zbieram trupy demonów, nie kundli. Polują na nas — objaśnił doktorek.
Ash roześmiał się na cały głos.
— Jak żałosnym trzeba być, żeby dać się zabić mieszańcowi? To ma być ten wielki problem? — zaszydził. — Stary, w dupie mam innych. Jeżeli są na tyle słabi, że półdemony z łatwością ich ćwiartują, powinni zostać u Luca, w domku.
— Jeden na jednego nie stanowi problemu — wycedził Isaiah spomiędzy zaciśniętych warg.
Asmodeus zmarszczył brwi i rzucił demonowi srogie spojrzenie.
— Co ty mi za gówno sugerujesz? — rzucił, nie kryjąc irytacji.
— Chyba w końcu zrozumieli, że w grupie mogą się bronić.
— Kurwa… Jak wielu?
Jakby nie mieli kiedy. Rany ponad dwa tysiące lat, a oni obudzili się dopiero teraz. Od chwili, gdy upadł, wiedział o ich istnieniu. Końcem nosa wyczuwał ich mieszaną krew i nie dziwił się ani trochę swoim pobratymcom. Sam niejednokrotnie uległ pokusie posmakowania mieszańca. Kusiła i przyciągała, błagała o skosztowanie. Czuł to nawet w tej chwili, choć przyszpilona do krzesła kelnerka śmierdziała znaczą ilością środków usypiających i morfiny.
Warknął delikatnie.
— Dziesiątki — wycedził Isaiah, dokładnie mierząc nieprzytomną kobietę.
— Są jakieś…
— W samej Filadelfii — dokończył demon.
— Ślady?
— Prócz zabitych? Żadnych. — Siła, z jaką wyrzucił z siebie proste zdanie zaskoczyła Asmodeusa. — Staram się dopasować wzorce, określić sposób działania, schemat, ulubione miejsca, bezskutecznie. To nawet… frustrujące.
Westchnął głęboko. No cóż, doktorek gadaniem niczego nie załatwi. Nie zdoła poznać prawdy, tym bardziej gdy że każdą chwilą pytań przybywało. Nie zamierzał pomagać Isaiah. Ich dług został wyrównany. Walka z mieszańcami nie należała do jego obowiązków. Dla Asha istniał tylko jeden priorytet.
Stanął na nogi, po czym dziarsko ruszył do nieznajomej. Cholera, Black devile potrafiły czynić cuda. O jakimkolwiek wspomnieniu o bólu mógł jedynie pomarzyć.
Pojedynczym ruchem ręki zbadał pośpiesznie bliznę pozostawioną mu przez Michaela. Wyglądało na to, że powoli wszystko wracało do normy.
— Co robisz? — rzucił Isaiah, gdy Asmodeus nachylił się nad kelnerką i rozwiązał jej dłonie.
— Przenoszę ją na kanapę. Trochę gościnności, nie sądziłem, że kiedykolwiek będę zmuszony uczyć cię ogłady — zaszydził.
— Skończ pierdolić. Po cholerę się nią przejmujesz?
Otóż to. Doktorek nie potrafił pojąć, jak ważną osobą dla Asmodeusa była ta kobieta. Stanowiła główną przynętę dla pewnej grubej ryby, a prócz tego, demon musiał przyznać, ciekawiła go. Zabawne, do chwili, w której spotkał starego kumpla, nie podejrzewał nawet, jak wielką wartość będzie dla niego miała. Nie mógł dłużej tego ukrywać. Musiał ją chronić. Choćby własną śmiercią.
— Nie załamuj mnie. — Delikatnie uniósł nieznajomą, po czym ruszył do kanapy. — Ta ptaszyna jest moim zapewnieniem, że Michael wróci. Nie zamierzam jej spuszczać z oczu. Poza tym to moja przekąska, ale to raczej oczywiste.
Brew Isaiah uniosła się.
— Znasz chociaż jej imię? — zaszydził.
— Wierz lub nie, nikt nie był na tyle miły, żeby nas sobie przedstawić.
Ułożył ją, po czym przejechał palcem po pulsującej tętnicy. Wyglądała na rozluźnioną i absolutnie nie przypominała mu spiętej kelnerki, która zwróciła na siebie jego uwagę w Pandemonium. Tak spokojna i piękna.
    Bez nerwów, musi przeżyć… na razie przynajmniej, uspokajał pragnienie. Oderwanie od niej spojrzenia i wypuszczenie oddechu, gdy całym sobą czuł jej zapach, było prawie niemożliwe. Z trudem opuścił dłoń.
— Annabell Carroll — przemówił nagle Isaiah.
Uśmiechnął się pod nosem.
— To imię jest pojebane — mruknął.
Nie, idealne.

***

Z trudem otworzyła oczy. Po raz kolejny krew pulsowała w jej żyłach jak szalona. Po raz kolejny także nie rozpoznawała miejsca, w którym się znajdowała. Ciemny, zamazany pokój nie naprowadzał Ann na żaden trop. Głowa pulsowała od nadmiaru myśli. Nie wiedziała, co tym razem jej podano, lecz z pewnością dawka powaliłaby konia, co dopiero kobietę, która ważyła ledwie pięćdziesiąt pięć kilogramów.
Wciągu kilku godzin w jej życiu wydarzyło się znacznie więcej, niż w ciągu ostatnich miesięcy. Ileż to mogło trwać? Nie mogli przecież przetrzymywać Annabell w nieskończoność, z kolei gdyby lekarz chciał ją zabić, zrobiłby to już dawno. W końcu miał Asha, a z tego co wspomniała Mira wynikało, że wbrew wszystkiemu zależało mu na uratowaniu swojego rodzaju.
To gówno jest ciężkie, przemknęło jej przez myśl, gdy obraz młodej kobiety pojawił się przed nią. Powinna uważać. Zachowywała się jak spłoszona kretynka. Mysz pod miotłą. Z założenia wzięła dziewczynę za półdemona, dlatego pozwoliła sobie na nieco więcej. Po cóż człowiek miałby przystawać z demonami? Ludzie stanowili dla piekielnych kreatur pożywienie oraz rozrywkę, nie kompanów.
— Żyjesz?
Powoli zerknęła w bok.
Asmodeus siedział rozłożony na oparciu. Palcem wskazującym jeździł powoli po jej łydce, w drugiej dłoni zaś trzymał papierosa.
Dym zwykle śmierdział niemiłosiernie. Wypełniał całe Pandemonium. Czuła go każdego dnia. Zarówno w pracy jak i w mieszkaniu. Przynosiła go ze sobą do domu. Na ubraniach, na włosach, nawet na własnych dłoniach. Był jak cuchnący, przezroczysty filtr pokrywający ciało Ann.
Był także jedyną oznaką bezpieczeństwa.
— Cholera, moja głowa. — Powoli uniosła rękę i rozmasowała skroń. Przeklęte archanioły i demony. Bez nich świat byłby prostszy.
— Doktorek jest palantem — zaśmiał się sam diabeł — i chyba przesadził z dawką. Wyglądasz jak po dobry towarze.
Zatem wciąż była w szpitalu.
Palce mężczyzny nieco mocniej nacisnęły na napięte mięśnie łydki kobiety. Jęknęła głośno, gdy błogie uczucie powoli rozlało się po całym jej ciele. Rany, już dawno nikt nie zaserwował Ann odrobiny relaksu.
— Tak się czuję — wyszeptała. — Oczywiście nigdy nie brałam. Podejrzewam, że tak się człowiek czuje, kiedy…
— Spokojnie, nie oceniam — przerwał jej, unosząc w górę dłoń. — Niejedno widziałem. Kurwa, jeszcze więcej robiłem.
Wolała nie znać szczegółów. Wierzyła mu na słowo.
— To mnie jakoś nie pociesza.
— Sorry, kotku. Trzymaj. — Mówiąc to, podsunął jej pod nos szklankę z pomarańczowym płynem.
Nauczona dotychczasowymi wydarzeniami, zapobiegliwie zapytała:
— Co to?
— Soczek — oznajmił wesołym tonem, niebieskie oczy spoczywały wprost na niej, pozostawiając po sobie niekomfortowe ciarki. — Witaminki i inne chujowinki. Niedługo się zbieramy. Wypij coś i zjedz.
Natychmiast usiadła. Chwiejnie odsunęła się od niego i szybko rozejrzała naokoło. Gabinet. Znajdowała się w gabinecie, jak zauważyła wcześniej — ciemnym, stylizowanym na większość biur, jakie widywało się w filmach gangsterskich. Prawdopodobnie tym także zajmował się doktor. Nie obracała się w tym świecie od tygodnia, żeby nie wiedzieć, jak wiele dziedzin życia zdominowały demony. Mieli na to wystarczająco dużo czasu. Czas w końcu nie grał dla nich roli.
Zerknęła na rozluźnionego Asha. Siedział zbyt blisko. Jego szeroka pierś co chwilę nadymała się, przez co wyglądał jak rozjuszony byk. Wszystko w nim krzyczało: niebezpieczeństwo, przez duże n, a każda komórka ciała Annabell błagała o zwiększenie dystansu pomiędzy nimi.
— My? Zbieramy? — zapytała. — Jaki mamy w ogóle dzień? I co ty tutaj robisz?
— Hola, grzeczniej, kochanie. — Ton, jakiego użył, choć wesoły, zabarwiony był delikatnym ostrzeżeniem. Nachylił się nad nią i spojrzał jej prosto w oczy. — Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej chciałaś mi na kolana wskoczyć, a teraz rzucasz się do gardła? Zdecyduj się — mruknął.
Doprawdy bezczelność demonów nie znała granic.
— Nie chciałam skakać po twoich kolanach — odparła.
Przyglądała się jego dłoni, gdy unosił ją do góry i kierował w stronę jej twarzy. Znieruchomiała. O co chodziło tym razem? Powoli dochodziła do wniosku, że poproszenie go o pomoc było błędem. Okropną pomyłką, za którą przyjdzie jej przepłacić więcej niż tylko życiem.
— Do tego by doszło, z pewnością — rzekł z przekonaniem, któremu nie mogła się oprzeć.
Scena pomiędzy nimi dwoma nagle pojawiła się przed oczami Annabell. Ona, naga i kompletnie obnażona, on z kolei z głową odchyloną do tyłu i palcami zaciśniętymi na jej pośladkach. Jej oddech przyspieszył i nie była pewna, czy niechęć lub obrzydzenie miało w tej chwili cokolwiek z tym wspólnego.
— Nie, nie doszłoby — wyszeptała.
— Ale dojdzie.
— Czy zawsze musisz myśleć o seksie? — Pośpiesznie chwyciła szklankę z napojem. Jednym haustem wypiła zawartość.
Doskonale wiedziała, że atrakcyjność demonów działała na ich korzyść i odgrywała główną rolę w kuszeniu śmiertelników. Żaden z upadłych, którego spotkała, nie prezentował się nijako. Pieprzone gnojki, pomyślała. W porównaniu do niej Ash był na wygranej pozycji. Mógł ją posiąść bez problemu, w każdej chwili, nie potrzebował do tego niczyjej zgody i z całą pewnością zdawał sobie sprawę z jej myśli oraz wyobrażeń. Mógł również przy okazji sprawić, że wrzeszczałaby z rozkoszy, nawet gdyby tego nie chciała.
— Bóg kazał nie sprzeciwiać się swojej naturze. — Zarzucił ramię na oparcie. — Nic nie poradzę, kotku, że moja tkwi w biodrach i sprawnych jaj…
— Boga nie ma, a ty jesteś nienormalny — warknęła, wstając.
— Z pierwszym się zgodzę, nad drugim jeszcze popracujemy.
— Jak długo tu leżałam? — rzuciła, chcąc porzucić dotychczasowy temat.
Asmodeus przeczesał palcami włosy opadające mu na czoło i skupił na niej przerażająco niebieskie oczy.
— Koło dwunastu godzin.
Przełknęła.
— Co z…
— Żyje. Poharatany, ale żyje. Jeszcze.
Do diaska z Michaelem. Jak ogromną siłą musiał dysponować, jeżeli Asmodeus był jednym z najsilniejszych demonów zamieszkujących Filadelfię, a archanioł mimo to bez trudu uszedł z życiem? Annabell przetarła zmęczone oczy. Wątłe, delikatne ramiona opadły, a sylwetka kobiety zgarbiła się lekko. Nie wyobrażała sobie, co byłoby z niej, gdyby Ash nie pojawił się w porę. Właściwie nie musiałaby się o to nawet martwić. Czekało ją cierpienie, śmierć i piekło. Tak okropne męczarnie, o jakich nie była w stanie nawet pomyśleć.
Za co? Nie miała nawet na to wpływu. Nie mogła uratować swojej duszy. Cholera, nie wiedziała nawet, czy ją posiadała.
Zirytowana obróciła się i spojrzała na demona, akurat wtedy gdy mierzył ją powoli od stóp do głów.
— Teraz zawrzemy kontrakt?
Kącik ust mężczyzny uniósł się. Pokręcił głową, jakby miał do czynienia z dzieckiem, po czym z czarnej paczki wydobył kolejnego papierosa i odpalił.
Z trudem przed samą sobą przyznała, że podobał jej się ten zapach. Zbyt mocno.
— Nie. Nie zrobię tego. — Spojrzał jej prosto w twarz. — Będę cię trzymał przy sobie, dopóki go nie zabiję. Potem rób sobie co tam chcesz. Nie moja sprawa.
Mówił prawdę i nie potrzebowała większego zapewnienia niż twardy błysk zdecydowania, który na sekundę przesłonił jego oczy. Asmodeus słynął ze swojego niewybrednego poczucia humoru, lecz w tamtej chwili żarty trzymały się go z daleka. Nigdy, przenigdy nie zdarzyło się, aby z własnej woli chronił czyjegoś życia. Wiedziała to, zanim zaczęła go szukać. Dlaczego z nią miałoby być inaczej? Przecież zupełnie nic dla niego nie znaczyła. Nie była nikim niezwykłym i nie miała zupełnie nic do zaoferowania.
Mimo to, nie mogła pozwolić mu się zdominować.
— W takim razie nie — przemówiła mocnym tonem, siadając na krześle naprzeciwko biurka. Śmiało spojrzała na niego i z trudem powstrzymała głębokie westchnięcie, gdy dym opuścił jego usta. — Nigdzie z tobą nie pójdę.
Cichy śmiech uciekł z gardła Asmodeusa. Mężczyzna wywrócił oczyma. Wyglądało na to, że tego dnia miał w sobie niezwykle wiele cierpliwości, ponieważ, odkąd się obudziła, obrazował ją na każdym kroku.
— Nie pytałem o twoje zdanie. — Rozparł się wygodniej, po czym rozłożył szeroko nogi. — Niewiele mnie ono interesuje. Pójdziesz ze mną na moich warunkach albo zginiesz.
Zmarszczyła brwi. Nie podobało jej się, jak wiele prawdy tkwiło w tak prostym stwierdzeniu. Jakby z góry założył, że i tak z nim pójdzie, ponieważ nie miała innego wyjścia.
Potrzebował jej równie mocno jak ona jego i doskonale o tym wiedziała.
— Nieważne co wybiorę, wyjdzie na to samo — szepnęła i mimowolnie podkurczyła palce u stóp.
— Mówiłem ci już. Jezus też nie chciał umierać. Taka kolej rzeczy, słonko. Coś się rodzi, coś umiera.
Jego nonszalancja doprowadzała ją do szału. Nie rozumiała, jakim sposobem, kobiety tak bardzo zabiegały o uwagę tego parszywego gada. Bezmyślność ludzkości i zdolność pakowania się w tarapaty nie miały granic. Kto z własnej woli ładował się demonowi wprost w ramiona? Tak, jasne, Asmodeus był niewyobrażalnie męski i przystojny. Co z tego, jeżeli pod maską ideału, krył się prawdziwy potwór, zdolny zabić z zimną krwią?
— Nie jestem czymś — wysyczała, nachylając się do przodu.
Wzruszył ramionami.
— Dla mnie to bez różnicy.
Pokręciła głową, a z rozgoryczenia uciekł jej powolny syk. Zacisnęła dłonie w pięści i ułożyła na kolanach. Postawa Annabell uległa natychmiastowej zmianie. Krew w żyłach buzowała, grożąc wybuchem. Obiecała sobie, że nie zdoła wyprowadzić jej z równowagi. Że nie uda mu się ograbić jej z ostatniej cząstki spokoju, jaką w sobie hodowała. Że pod żadnym pozorem słowa Asha jej nie zranią.
Wbrew temu, gdy emocje kumulujące się w niej w ciągu ostatnich kilku godzin w końcu osiągnęły stan najwyższy, wybuchła:
— Twój gatunek… — zaczęła, podnosząc głos.
— W połowie jest także twój — wtrącił.
Machnęła ręką i odgarnęła do tyłu pasmo włosów opadające na twarz.
— Jesteście potworami — fuknęła. — Zabijacie, niszczycie, knujecie, plądrujecie, tworzycie mój rodzaj. — Odetchnęła i mimowolnie skupiła się na jego oczach, kiedy zmarszczył brwi i przechylił głowę na bok. — Nie powinno cię tutaj być. Po co ci to? Dlaczego akurat ziemia? — Odetchnęła. — Nigdy nie wybrałabym takiego losu, gdybym była na twoim miejscu.
— A myślisz, że ja wybrałem? — zapytał lekko, zupełnie nie przejmując się jej oskarżeniami.
— Czy w innym przypadku byłbyś tutaj?
— Niewiele o nas wiesz. — Uśmiechnął się delikatnie.
Było coś magicznego w patrzeniu na niego, kiedy palił, całkowicie rozluźniony i pewny siebie. Nie potrafiła oderwać od niego spojrzenia i usilnie wmawiała sobie, że robiła to tylko dlatego, aby mieć go na oku. Nie chciała nawet myśleć o tym, że powoli wpadała w zastawione przez niego sidła.
— Wystarczająco dużo, żeby trzymać się z dala od takich jak ty.
— Przecież prosisz mnie o pomoc.
Cichy szept pozostawił po sobie gęsią skórkę na jej ciele. Potarła ramiona świadoma spojrzenia mężczyzny.
— Wiesz co mam na myśli — wycedziła.
Stanął na nogi i rozejrzał się po pomieszczeniu.
— Zjedz. — Dłonią wskazał stalową tacę leżącą na biurku. — Przebierz się i przygotuj. Za dwie godziny wyjeżdżamy.
Zaraz po tym wyszedł, pozostawiając ją samą z dogłębnym poczuciem utraty kontroli nad własnym życiem.
Bez względu na własne pragnienia, nie miała wyboru, musiała razem z nim opuścić ośrodek, ponieważ tylko przy Ashu miała jakąkolwiek szansę na przeżycie.

Yo! Wracam, dzadygi. Więcej mi się nie chce gadać. Doszłam do zatrważających wniosków. Jest świetnie, a teraz idę pisać. XDDD No i wesołych jąd... znaczy jajek. :P Btw, rozdział pewnie jeszcze poprawie raz czy dwa. Całe opowiadanie niedługo zostanie sprawdzone. Poświęcę się, dokonam zmian w niektórych momentach i usunę to, co uważam za zbędne. Fabularnie nic się nie zmieni. Mam tu na myśli raczej niepotrzebne zdania niewnoszące niczego do historii, które zamierzam usunąć.

3 komentarze:

  1. No w końcu! Jak miło zacząć dzień od demonicznego rozdziału :3
    Więcej napiszę jak dopadnę komputer, a teraz po prostu: świetnie, że tu jesteś i piszesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jestem znów :)

      „Witaminki i inne chujowinki” – niby nic takiego, a głupkowaty uśmiech sam się pojawił na moim pyszczku.
      W ogóle teksty Asha są dobre, zazwyczaj gdy otwiera usta, żeby coś powiedzieć oczywiście, to jest śmiesznie.
      Wyszedł Ci, poza tym lubię takie niebezpieczne postacie, że tak to ujmę, a do demonów to już w ogóle mam słabość (i w sumie chyba już o tym wspominałam wcześniej).
      O błędach (jeśli były;)) wypowiadać się nie będę, bo i tak nie zwracam na nie uwagi, pozostawiam to wszystkim mądrzejszym ^^ Skupiam się na samej treści i tym co przekazujesz, a jak dla mnie to opisy masz na tyle przejrzyste, że wszystko bez problemu zrozumiałam.
      Sama kwestia podejścia Asha do Ann jest zastanawiająca. Wiadomo, zainteresował się nią ze względu na pierzastego, ale wydaje mi się, że momentami patrzył na nią jak na coś więcej niż środek do celu, czy kawałek mięsa... Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Może mylne... W sumie nie wiem, nie znam się, zobaczymy później.
      Wątek z grupą pół-demonów polujących na demony, też ciekawy i mam nadzieję, że będzie o tym więcej.
      No nic, pozostaje czekać na dalszy rozwój wypadków :)

      Usuń
  2. Jak mnie denerwują ludzie pokroju Asha, a jednocześnie uwielbiam takich bohaterów. Bezsens jakiś.
    Aż straciłam wątek i ogłaszam koniec, godnego pożałowania, komentarza.
    Zszokowanie pozdrawiam,
    AZ.

    OdpowiedzUsuń